Zbigniew Herbert: każdy wielki pisarz jest oszustem i tworzy swój obraz
![]()
W czasie powstania warszawskiego był w Krakowie i uwodził panienki, popijał...
Szukanie prawdy o Herbercie
„Do tej pory panowało potworne zakłamanie dotyczące wczesnej młodości Herberta. On sam mówił o tym oględnie, ale jednak mówił. Nie mam mu tego za złe – każdy wielki pisarz jest oszustem i tworzy swój obraz, nie ma w tym nic złego. Zresztą – czy wpisywał się w coś złego? Kosiński owszem – wpisywał się w obraz zrzucania winy za holocaust na Polaków. Natomiast Herbert odwrotnie. Chciał być akowcem – to ładne” – mówi w wywiadzie udzielonym serwisowi kultura.org.pl Joanna Siedlecka, autorka biografii Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie.
Po publikacji książki Pan od poezji. O Zbigniewie Herbertcie wszystkie noty biograficzne poświęcone autorowi Trenu Fortynbrasa można wyrzucić do kosza, łącznie z biogramami zamieszczonymi w podręcznikach i encyklopediach. Nie walczył w AK, rzekomo wojenna rana była pozostałością po banalnym wypadku na nartach, nie studiował malarstwa, miał przelotny romans z PAX-em, do tego dwóch volksdojczów w rodzinie, jeden z nich rozstrzelany wyrokiem sądu podziemnego. Dotarła pani do materiałów, których nikt dotąd nie znał. Złośliwi twierdzą, że nie tyle badała pani życie Herberta, co wręcz je lustrowała.
Joanna Siedlecka: To absurd, pisarz nie wyrasta przecież z jakichś konwencji, z czegoś zwykłego, ale z tragedii. Być może (pozostawiam tu znak zapytania) to, że Zbigniew Herbert nie wziął udziału w walce oraz ekspiacja za stryja-zdrajcę, z winy którego zginęli młodzi akowcy, ukształtowało osobowość poety. Kiedy Ludwik Herbert został zamordowany z rozkazu polskiej organizacji podziemnej, Zbigniew miał 19 lat. To musiało być dla niego wstrząsające przeżycie. Być może później, szczególnie kiedy był stary, cierpiący, odpokutowywał to właśnie swoją obywatelskością i walką innego typu – publicystyką.
Do tej pory panowało potworne zakłamanie dotyczące wczesnej młodości Herberta. On sam mówił o tym oględnie, ale jednak mówił. Nie mam mu tego za złe – każdy wielki pisarz jest oszustem i tworzy swój obraz, nie ma w tym nic złego. Zresztą – czy wpisywał się w coś złego? Kosiński owszem – wpisywał się w obraz zrzucania winy za holocaust na Polaków. Natomiast Herbert odwrotnie. Chciał być akowcem – to ładne. Chciał być z tymi lepszymi. Sam to zresztą podkreślał – człowiek jest tym, kim chciałby być. Niestety, rodzina w popłochu uciekała ze Lwowa przed zemstą bolszewików. W czasie powstania warszawskiego był w Krakowie i uwodził panienki, popijał. W niektórych tekstach wspominano, że może był wtedy w lesie, ale nie ma na to żadnych dowodów.
Siostra poety, Halina Herbert-Żebrowska, zarzuciła pani na łamach „Rzeczpospolitej” sugerowanie zbyt bliskiego pokrewieństwo Zbigniewa z Herbertem-zdrajcą. „To przecież nie był rodzony stryj” – argumentowała.
Joanna Siedlecka: Dotykamy teraz innej sprawy – biograf a rodzina. Rozumiem siostrę i nie dziwię się jej. Gdyby pisano różnie o mojej rodzinie, zapewne szaleńczo starałabym się jej bronić. Jako biografa interesują mnie jednak tylko fakty, nawet najbardziej bolesne. To, co napisała siostra Herberta, nie jest prawdą. Proszę zauważyć: w filmie Adama Pawłowicza, w „Zeszytach Literackich”, w których siostra poety przedstawiła swoje listy, także w wypowiedziach samego Zbigniewa Herberta znajdujemy informacje, że to właśnie była najbliższa rodzina. W opublikowanej w „Zeszytach Literackich” korespondencji Halina Herbert, negująca później bliskie pokrewieństwo, pisze o stryju i o stryjence jako o najbliższej rodzinie.
Generał Marian Herbert to stryjeczny dziadek Zbigniewa i Haliny, jego synowie byli więc ich najbliższymi kuzynami. Jeden z braci Ludwika-zdrajcy i Romana-volksdojcza to Edward zamordowany w Katyniu, któremu Zbigniew dedykował jeden z najważniejszych wierszy pt. Guziki. Wszyscy oni – Edward, który zginął w Katyniu, Ludwik zdrajca i Roman-volksdojcz byli synami tego samego ojca-generała. Dlaczego Edward, któremu poświęcono Guziki, jest ważny, a zdrajca nie? Przyznajemy się tylko do światła? Kiedy dotarłam do tych faktów i opublikowałam je w książce – rodzina się od Ludwika odcięła, twierdząc, że pokrewieństwo jest dalekie. Przykre.
Staram się jednak zrozumieć siostrę Herberta. Sama mam dwie siostry i chciałabym, żeby zawsze dobrze o mnie mówiły. Ale nie rozumiem siostrzeńca-historyka. Jego rolą jest przecież wierność faktom, prawdzie. A on klajstruje, brązowi. Jego sprawa – Władysław Mickiewicz zawsze będzie miał następców.
Skoro mowa o rysach na biografii i rodzinie: żona Herberta – być może niechcący – sama zdyskredytowała swojego męża, oskarżając go o brak umiejętności podejmowania decyzji i świadomych sądów w ostatnich latach życia. Mówię o wywiadzie, udzielonym przez Katarzynę Herbertową w 2001 r. „Gazecie Wyborczej”, której naczelnego Herbert nazwał przed śmiercią manipulatorem.
Joanna Siedlecka: Nie chciałabym jej oceniać. Proponowałam jej rozmowę – odmówiła. Miała do tego prawo, jej sprawa. Nie płakałam, nie rozpaczałam, nie zrezygnowałam z tego powodu z napisania książki. Wszystkie wdowy zawsze mi odmawiały (śmiech). Wolą wybrać sobie potulnych biografów, którym będą mogły, za przeproszeniem, wciskać swoje wizje. Odmowa była dla mnie swego rodzaju komplementem.
Sądzi pani, że wpływ na tę odmowę mogła mieć opinia demaskatorski, jaką nadano pani po opublikowaniu głośnej biografii Jerzego Kosińskiego?
Joanna Siedlecka: Być może. Katarzyna Herbertowa wiedziała, że nie oprę się tylko na jej wersji. Ostatecznie wyszło to mojej książce na dobre: byłam bardziej wolna, nie musiałam niczego z nią uzgadniać, pokazywać.
Pamiętajmy również, że Katarzyna i Zbigniew pobrali się bardzo późno. Herbert miał wtedy 44 lata. Początkowo zamierzałam pisać przede wszystkim o jego dzieciństwie i młodości, dlatego zależało mi na informacjach dotyczących lat wcześniejszych. Chciałam doprowadzić tę biografię do lat stalinowskich, ewentualnie do wyjazdu do Paryża. Tymczasem Katarzyna Herbertowa niewiele na ten temat wiedziała. Przecież Herbert pewne sprawy mitologizował wobec własnej żony. Czy pani mówi wszystko mężowi? Bo ja nie. Małżonkowi też się jakoś pokazujemy.
Dotarłam za to do innych członków rodziny: do kuzynki w Paryżu, do rodziny generała Mariana Herberta, do Herbertów krakowskich, do Kaniaków – rodziny matki Zbigniewa. Oni nigdy wcześniej nie mówili, a mieli coś do powiedzenia. Ponieważ zdobyłam sporo ciekawych relacji, dociągnęłam tę biografię do końca.
Czy po publikacji Pana od poezji pojawiły się jakieś nowe tropy, czy zgłosili się do pani ludzie z ciekawymi informacjami, do których nie udało się pani wcześniej dotrzeć?
Joanna Siedlecka: Owszem. Zazwyczaj tak właśnie bywa. Jestem teraz w lepszej sytuacji niż w trakcie pisania: już nie szukam, to do mnie ludzie docierają. Właśnie przygotowuję drugie wydanie biografii Herberta.
Czy coś się zmieni w rozdziale pt. Mak?
Joanna Siedlecka: Jak najbardziej. Mam nowe dokumenty, dowody, relacje ludzi, którzy to pismo robili i poczuli się zaprzeczeniami pani redaktor dotknięci. Sprawa „Maka” będzie zatem jak najbardziej rozbudowana.
„Mak” to, według zamieszczonych w pani książce relacji, pseudonim literacki Herberta.
Joanna Siedlecka: Poinformowano mnie, że pod koniec życia bardzo chory, odchodzący Herbert, drukował wiersze w dodatku „Słowa” właśnie pod tym pseudonimem. Zebrałam wiele relacji, osoba, które te wiersze odbierała i była inicjatorką zamówienia, sama mi o tym opowiedziała. Później, po publikacji książki, zaprzeczyła. Burzyło to bowiem idealny obraz Herberta, który z takim czasopismem jak „Słowo”, o korzeniach PAX-owskich, nie powinien mieć nic wspólnego. Miał prawo drukować w „Zeszytach Literackich”, ale nie tam.
Ponieważ moja książka pokazuje Herberta niejednowymiarowo, środowisko nie tylko rodzinne, ale także – a może przede wszystkim – krytyków usiłuje ją zdezawuować. To są ludzie, którzy, można powiedzieć, żyją z poety: piszą referaty, jeżdżą na herbertiady… To już nieomal przemysł. Trudno jednak dezawuować książkę tak dobrze udokumentowaną. Mało tego, to jest wybór zebranych przeze mnie materiałów! Dlatego też zamiast dyskusji próbuje się – najróżniejszymi metodami – nakłonić moich rozmówców do zaprzeczania swoim wcześniejszym wypowiedziom. Choć gorzej by było, gdyby mi o tym w ogóle nie opowiedzieli.
Niektórzy twierdzą, że wiersze napisane przez „Maka” są słabsze. Nieprawda! Proszę zerknąć, przecież to są utwory bardzo herbertowskie. Rzeczywiście nieco inne, ciepłe, ponieważ jest to liryka człowieka odchodzącego. Poza tym nie przesadzajmy – czy Herbert nie mógł pod koniec życia pisać słabszych rzeczy? Był z żelaza? Żądamy, żeby do końca pisał Pana Cogito? Przecież to szaleństwo! Miał prawo do spadku formy, chociaż akurat moim zdaniem te wiersze są bardzo dobre. A pierwszy, który umieściłam we fragmentach, mówi, moim zdaniem, o jego żonie:
Więcej na: http://kultura.org.pl/2002/11/szukanie-prawdy-o-herbercie/




