Drukuj

„Rzeczpospolita przed Majdanem”

majdan

Pod adresem osób odpowiedzialnych za przygotowanie ostatnich wyborów samorządowych w Polsce i władz, które za nimi stoją, skierowano wystarczająco dużo wymyślnych epitetów, toteż współzawodnictwo w tej dyscyplinie nie ma już chyba sensu.

dr Tadeusz Witkowski komentarz po wyborach „Rzeczpospolita przed Majdanem”

Hasło „PKW do dymisji” było jak najbardziej słuszne. Dziadkowie konsultujący z Centralną Komisją Wyborczą Federacji Rosyjskiej zasady przeprowadzenia wyborów w obu krajach na nic lepszego nie zasłużyli. Wypada mieć tylko nadzieję, że odchodzą bezpowrotnie i na ich miejsce prezydent RP nie wyznaczy kogoś z podobnym stażem.
Protesty przeciw putynizacji kraju (której przejawem było zatrzymanie dziennikarzy relacjonujących akcję okupowania lokalu PKW) zasługują ze wszech miar na poparcie bez względu na sympatie polityczne środowiska dziennikarskiego. Jeśli krajowe akcje protestacyjne nie pomogą, trzeba będzie przenieść je na forum właściwych organów Unii Europejskiej.
Pozostaje do załatwienia rzecz najtrudniejsza, kwestia rozpisania nowych, przyśpieszonych wyborów, skoro obowiązujący system prawny nie przewiduje powtórki z głosowania w całym kraju i nie ma instancji sądowej, która mogłaby w skali krajowej wybory unieważnić. Tu, niestety, zaczynają się trudno dostrzegalne schody, bo w pierwszej kolejności należałoby wprowadzić radykalne zmiany w systemie głosowania. Ten, który obowiązuje w chwili obecnej, jest po prostu korupcjogenny i korupcjogennym pozostanie tak długo, jak długo głosy będą przeliczać ludzie owładnięci lokalnymi ambicjami i uprzedzeniami. Zasady obowiązujące dzisiaj służą przede wszystkim środowiskom sprawującym władzę w ośrodkach terenowych, toteż będą one robić wszystko, by je utrzymać. Tylko patrzeć, jak związane z aparatem władzy media zaczną dywagować, że skoro zawiódł system elektronicznego podliczania głosów, może lepiej przeprowadzać wybory „metodą tradycyjną”.
Ilu Polaków uwierzyć może dziś w podobne brednie? Trudno powiedzieć. Ważną rolę do odegrania mają tu rodacy związani z ośrodkami edukacyjnymi. Nie wolno dopuścić do mieszania tradycji z anachronizmem i cywilizacyjnym zacofaniem. To co zawiodło podczas ostatnich wyborów, to był elektroniczny system transmisji wyników ręcznego przeliczania głosów. A zawiódł on dlatego, że przygotowanie oprogramowania zlecono firmie niekompetentnej i nieposiadającej certyfikatu bezpieczeństwa. Wiem, jak owo ręczne przeliczanie wygląda i jakie możliwości „przekrętów” stwarza, ponieważ byłem członkiem Obwodowej Komisji Wyborczej podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku. Gdybym opowiedział o nim komuś z amerykańskich przyjaciół, wziąłby to chyba za Polish joke.
Podejrzewam, iż mało kto w Polsce wie, jak od strony wyborców wygląda głosowanie w Stanach Zjednoczonych. Proszę więc wyobrazić sobie najbliższe wybory na prezydenta RP połączone z lokalnymi wyborami do rad narodowych i sejmików wojewódzkich. Sceną niech będzie sala gimnastyczna jakiejś szkoły przekształcona w lokal wyborczy.
Wchodzimy. Na jednym ze stołów leżą małe formularze z rubrykami, w które głosujący powinni wpisać swój adres i dane osobowe. Przy innym stole siedzi dwoje członków komisji, którzy dane te elektronicznie sprawdzają konfrontując je z dowodem tożsamości osoby głosującej. Jeśli dane się zgadzają i wyborca jest uprawniony do głosowania w tym właśnie miejscu, otrzymuje kartę do głosowania – w miarę sztywny, zadrukowany dwustronnie arkusz papieru w formacie A4, umieszczony w trochę mniejszym folderze, który osłoni wypełnioną część karty przed wścibskością innych osób przebywających na sali. Trzeba następnie podejść do którejś z dostępnych kabin, by zaznaczyć, na kogo oddajemy głos.
Karta jest podzielona na rubryki w zależności od tego, czego głosowanie dotyczy. W każdej z rubryk widnieje wyraźnie wydrukowana informacja, na ilu kandydatów można oddać głos, a przy każdym z nazwisk – mała figura geometryczna (nieprzekraczająca wysokością wydrukowanych liter) w kształcie pustego obwodu elipsy. Przy nazwiskach kandydatów, na których głosujemy, trzeba ową elipsę zamazać ołówkiem bądź ciemnym długopisem. I to prawie wszystko. Pozostaje już tylko podejść do stolika obok urny, by inny członek komisji oddarł od karty (lekko wysuniętej z zamkniętego foldera) perforowany pasek z kodem potrzebnym do jakichś urzędniczych rozliczeń i wprowadzić resztę karty zawierającej oddane głosy do czytnika elektronicznego urny. Ten wciągnie ją (tak jak bankomat kartę debetową), odczyta i prześle informacje do centralnego serwera, a wypełniony papier zatrzyma jako dowód. Ot i cała trudność.
Tak mniej więcej wygląda głosowanie na ziemi amerykańskiej i tak może wyglądać w Polsce, jeśli znowelizuje się odpowiednio ustawę regulującą prawo wyborcze. Może to być kosztowne, bo takie liczenie głosów wymaga nie tylko specjalnego oprogramowania ale i odpowiedniego sprzętu. W tym wypadku koszta opłaci się jednak ponieść, bo kraj oszczędzi na zdrowiu i nerwach obywateli. Komisje nie będą musiały na okoliczność wyborów zliczać przez tydzień głosów i protokołów. Nikt nikogo nie oskarży o fałszerstwa (bo po co maszynie fałszować wybory). Nie będzie już potrzebna instytucja mężów zaufania. Nie trzeba będzie wnosić skarg do Parlamentu Europejskiego. Dziennikarze nie będą licytować się w dobieraniu określeń w rodzaju: skandal, hańba, oszustwo, szalbierstwo, kryzys państwa, kompromitacja władzy itp. Nie dojdzie do kombatanckich lamentów nad sponiewieraną Polską. Prezydent RP nie znajdzie pretekstu by powiedzieć, że kwestionowanie uczciwości członków komisji wyborczych i żądanie powtórzenia wyborów „to odmęt absurdu i szaleństwa politycznego”. No bo jak tu szukać winnych wśród członków obwodowej komisji wyznaczonych przez wójta gminy Prutasy Wielkie, gdy nie znajdą okazji do przekrętów z krzyżykami i z podmianą kart, które można zamówić w każdej drukarni.
Święty Augustyn uzupełnił słynną sentencję Seneki Errare humanum est słowami perseverare autem diabolicum (Błądzić jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie rzeczą diabelską). W polskiej tradycji przywiązanie do błędu nazywano z reguły głupotą. Dlatego też wszystkim politykom, którzy trwają w błędzie i ich medialnym klakierom, którzy do dziś nie wyciągnęli wniosku z tego, co się stało, gdy na Ukrainie przestano wierzyć w uczciwość wyborów, dedykuję coś, co w poczuciu troski o losy Rzeczypospolitej napisał Jan z Czarnolasu. Ostatnia strofa jego Pieśni V z Ksiąg Wtórych nie straciła nic ze swojej aktualności:

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”:
Lecz jesli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

—————-

Autor jest publicystą, emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake, badaczem akt przechowywanych w archiwach IPN, byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983.

Za: http://kmn.info.pl